czwartek, 20 czerwca 2019

Recenzja ,,Trzech kroków od siebie" Rachael Lippincott oraz Mikki Daughtry i Tobias Iaconis


          Cześć!
          Dzisiaj przygotowałam dla was recenzję  ,,Trzech kroków od siebie".  Zanim jednak opowiem Wam o tej książce, chciałabym wyjaśnić, dlaczego w ogóle po nią sięgnęłam. Otóż pewnego deszczowego dnia wraz z kolegą objadałam się chipsami i popijałam je napojem gazowanym. (Ten dzień był bardzo depresyjny, a ja uważam, że jedzenie co prawda pewnych problemów nie rozwiąże, ale za to z całą pewnością poprawi humor). I właśnie wtedy mój towarzysz powiedział: ,,Muszę w końcu przeczytać to ,,Gwiazd naszych wina" 2019 r.". Przyrównanie  ,,Trzech kroków od siebie" do bestsellera Johna Greena wydało mi się logiczne, w końcu obydwie wspomniane powieści opowiadają o miłości śmiertelnie chorych nastolatków. Doszłam do wniosku, że w sumie fajnie by było przeczytać tę lekturę, tak z czystej ciekawości. Jednak porównanie do siebie tych dwóch książek znacząco wpłynęło na mój odbiór tej nowszej z nich. Dlaczego? Bo spodziewałam się równie filozoficznej, pięknej historii o młodych, dojrzałych ludziach. A co dostałam w zamian?
          W dedykacji zamieszczono takie zdanie : ,,Mamy nadzieję, że opowieść o Stelli i Willu pomoże upowszechnić wiedzę o tej chorobie oraz pewnego dnia znaleźć na nią lekarstwo". Bardzo mnie ono razi. Jasne, rozumiem, że opowiadanie w książce dla młodzieży o chorych na mukowiscydozę z pewnością uświadomi mniej lub bardziej ludziom, jak wygląda życie z tą chorobą. Tylko czy koniecznie trzeba to na wstępie zaznaczać? No i jeszcze jest druga część zdania, jak dla mnie jeszcze bardziej zniechęcająca. ,,[…] pomoże […] pewnego dnia znaleźć na nią lekarstwo." W jaki sposób, przepraszam bardzo? Jedyne co mi przychodzi do głowy to to, że młodzi ludzie, którzy przeczytają ,,Trzy kroki od siebie", tak bardzo przejmą się losem chorych, że postanowią w przyszłości studiować medycynę i poświęcić życie na poszukiwanie lekarstwa na mukowiscydozę. Moim zdaniem taki wstęp bardziej odstrasza, niż zachęca do czytania.
          Pierwszy rozdział jest pisany z perspektywy Stelli - dziewczyny chorej na mukowiscydozę, która po raz kolejny trafia do szpitala. W moim odczuciu jej postać w pewnym sensie obrazuje wszystkie moje wyobrażenia na temat typowych współczesnych nastolatek. (W tym momencie precyzuję: uważam, że każda nastolatka stanowi zupełnie odrębną jednostkę i nie należy jej wrzucać do jednego worka z tłumem innych nastolatek. Pisząc typowych, miałam na myśli stereotypowych.). Tak więc Stella ma kilkanaście lat, dwie najlepsze przyjaciółki, których imion nie potrafię poprawnie odmienić, a także popularnego video-bloga na YouTube. Będę teraz subiektywna, ale nie polubiłam tej bohaterki. W książce znajdujemy więcej informacji o Stelli: regularnie bierze lekarstwa, tworzy aplikację przypominającą o zażyciu medykamentów, szpital jest dla niej jak drugi dom, a jego pracownicy, jak rodzina. (Istna sielanka, prawda?). Właściwie w niczym nie przypomina Hazel - głównej bohaterki  ,,Gwiazd naszych wina", której głowa pełna jest filozoficznych myśli na temat skutków ubocznych umierania, a która nie ma naprawdę bliskich przyjaciółek, nie publikuje w Internecie filmików, w których informuje innych o swojej chorobie. Nie jest tak bardzo bezpodstawnie radosna jak Stella, choć użycie słowa ,,bezpodstawnie'', nie jest zbyt trafne. Stella ma ważny powód, by walczyć o każdy kolejny dzień życia. 
         Drugim głównym bohaterem recenzowanej książki jest Will. Jego historia jest inna. Nie dość, że jest chory na mukowiscydozę, to jeszcze zaraził się jakimiś perfidnymi bakteriami o szalonej nazwie. W poszukiwaniu terapii, która mogła by mu pomóc zwalczyć drobnoustroje, które go zaatakowały, podróżuje po całym świecie. Był w wielu miastach, ale zwiedził właściwie tylko szpitale, które są dla niego więzieniem. Więzieniem, z którego ucieknie gdy stanie się pełnoletni, a jego mama nie będzie mogła zmuszać go do bycia królikiem doświadczalnym. Jego sytuacja zdrowotna jest o tyle beznadziejna, że z powodu wspomnianej infekcji nie ma szansy na przeszczep płuc, który zapewniłby mu kilka dodatkowych lat życia. 
         Tak więc krótkie posumowanie. Mamy dwóch głównych bohaterów, totalnie różnych od siebie. W pewnym momencie ich ścieżki się przecinają i … No właśnie, co z tego wynikło? Przepraszam za spojlery, ale to co teraz napiszę nie będzie chyba dla Was zaskoczeniem. Panie i Panowie, tych dwoje nastolatków zakochuje się w sobie nawzajem. Muszą zachować w kontaktach ze sobą tytułowe trzy kroki odstępu, by dziewczyna się nie zaraziła, ale jednak ich relacja przynosi pewne owoce - Stella przekonuje Willa do tego, by traktował swoje leczenie poważnie i regularnie zażywał lekarstwa, on zaś uświadamia Stelli, że powinna wykorzystać jak najlepiej czas, który jej dano na tym ziemskim łez padole.
         Pod koniec  ,,Trzech kroków od siebie" akcja się rozkręca. Niestety nie mogę powiedzieć, że zakończenie pozytywnie mnie zaskoczyło. Po pierwsze, wydarzenia opisane w ostatnich rozdziałach, podobnie zresztą jak w całej książce, są takie … Infantylne? Nie wiem, jak dokładnie opisać Wam, co mam na myśli. Podczas czytania tej książki odniosłam po prostu wrażenie, że ktoś na siłę chciał stworzyć piękną historię nieszczęśliwej miłości, połączoną z dramatycznym wyborem pomiędzy życiem, a pragnieniem dotknięcia ukochanej osoby, która dobrze wyglądałaby na ekranach kin. Po drugie, warsztat pisarski autorki pozostawia wiele do życzenia. W trakcie trwania subiektywnie długiej historii swojego istnienia ludzkość spłodziła wiele ponadczasowych dzieł. ,,Trzy kroki od siebie"  moim zdaniem do nich nie należy. 
         Podsumowanie dzisiejszego wpisu będzie dosyć krótkie, bo chyba udało mi się Wam przekazać wszystko to, co chciałam. (Choć z drugiej strony, na pewno mi się to nie udało. Ten post powstał ponad dwa tygodnie po przeczytaniu przeze mnie wspomnianej książki. Nie mam prawa pamiętać dokładnie, co chciałam Wam opowiedzieć.). Zwykle, gdy krytykuję jakąś książkę , staram się zachęcić Was jednak do przeczytania jej, poprzez wskazanie jakiegoś pozytywnego aspektu związanego z tą lekturą.  Jednak dziś tego nie zrobię, bo po prostu nie uważam ,,Trzech kroków od siebie" za godną uwagi. 
        Pozdrawiam,
        Anna


P.S. Oglądał ktoś z Was film? Jakie są Wasze wrażenia?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz